Idziesz ulicą do pracy – ludzie wokół, pełni swoich spraw i kłopotów, ale pewni siebie, wiedzą, czego chcą, idą do celu, a Ty… mijasz ich, kulejąc, unikasz wzroku, boisz się ich słów, wspierasz swą odwagę na lasce. Swoimi pięknymi oczami wodzisz za wyobrażeniem miłości, lecz gdy ktoś spojrzy Ci w oczy – drżysz ze strachu, że widzą ich szpetotę. Wstydzisz się swoich myśli, myślisz, że ktoś je słyszy. Marzysz o bliskości i zaufaniu – ta tęsknota wypełnia Ci życie. I gdy ktoś w końcu wyciąga ku Tobie dłonie… wolisz zbiec do swojego cichego azylu, który znasz i pielęgnujesz, niż wydrzeć życiu szczęście, które należało do Ciebie.
O, naturo… splątałaś myśli nieszczęsnemu chłopcu. Oby Cię wcale nie było.
Tak prosto i pięknie spojrzeć na wschód słońca.
Tak prosto i pięknie mieć jeszcze nadzieję.
Miej odwagę w sercu, płyń z ludźmi w potoku tłumu. Wyjdź z sercem na dłoni. Spójrz prosto w oczy. Płacz. Śmiej się. Płyń.


